Z zapałem neofity ciągle myślałam o czym pisać, od której historii zacząć, którą swoją cechę wyeksponować, na myśleniu o pisaniu przez te dni poprzestawałam, bo nie wiedziałam co ma być pierwszą rzeczą od jakiej chce się przedstawiać, żeby nie zdradzić za wiele, ale nadać jakiś sznyt. Myślałam długo i intensywnie, aż się spociłam. Po czym stwierdziłam, że najbezpieczniej będzie napisać o mojej wielkiej miłości.
a nie obrazki mi się pomyliły
Żartuję, chociaż wcale bym się na takie cacko nie obraziła.
To napiszę kiedy zaczęła się love story.
W podstawówce z siostrą stwierdziłyśmy, że gimnastyka jest do bani, balet nudny, bieganie nie dla nas, sporty walki mało dziewczęce. Potem przyszło było olśnienie- jazda konna, oczywiście jak każde przyzwoite małe dziewczynki marzyłyśmy, żeby być księżniczkami na białych koniach, o książętach jeszcze wtedy zbyt intensywnie nie myślałyśmy, były jeszcze jakieś zabawy w amazonki. Stwierdziłyśmy, iż dlaczego nie miałybyśmy wprowadzić trochę rzeczywistości do naszych marzeń. Zeszyty nasze pełne rysunków zwierzątek i kwiatków wyspecjalizowały się w rysunkach gniadoszy, jabłkowitych i karych rumaków z dumnymi jeźdźcami na grzbietach.
Pierwszy raz był wspaniały i okropny zarazem. Koń był wielki ja mała, pouczona przez doświadczoną koleżankę wzięłam marchewkę jako łapówkę, ku swojej wielkiej uldze nie straciłam palców gdy ją z mojej dłoni jedwabistym pyskiem zdejmował.
Spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi wilgotnymi oczyskami, prychnął i rozdmuchał mi grzywkę i wtedy piknęło mi w sercu po raz pierwszy… mój kochany. Seria dziwacznych, wyczerpujących, akrobatycznych ćwiczeń po których stanęłam na rozmiękłych jaka galareta nogach i jak wampir po pierwszym łyku świeżej krwi – chcę jeszcze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz